Koronawirus i (nie)wiara

Całe wieki pobożny lud Boży w czasach klęsk żywiołowych, epidemii i wszelkiego rodzaju zaraz z wiarą i z gorliwą modlitwą zwracał się do Boga o ratunek i miłosierdzie. W takich chwilach następowała zazwyczaj wielka mobilizacja nie tylko możliwości ludzkich, ale także mobilizacja duchowa, mająca na celu wybłaganie pomocy z nieba.
 
To, co obserwujemy w niektórych rejonach we Włoszech w związku z koronawirusem, przeczy wiekowej praktyce i – niestety – nie wystawia dobrego świadectwa tamtym wspólnotom kościelnym. Ważne są oczywiście wszelkie środki ostrożności, ważna jest ochrona przez zarażaniem, higiena, roztropne zachowanie się itd. Jednak wobec trudnej sytuacji doszło do tego, że ludzie szukający duchowego wsparcia i siły w sakramentach, zamiast ją otrzymać, spotykają się z zamkniętymi kościołami. Czy pasterze opuścili swe owce? Czy wobec ataku wirusa godzi się zapominać o Bogu? Czy wreszcie godzi się w takich sytuacjach o nim nie przypominać i uniemożliwiać wiernym życia sakramentalnego?
 
Oto jeden z głosów Polki z Włoch: „Mieszkam w Lombardii i do dzisiaj myślałam, że tak jak podają media, koronawirus zaatakował Włochy. Jednak po kilkudziesięciu bezskutecznych godzinach poszukiwań możliwości uczestniczenia w Eucharystii stwierdzam, że to nie żaden koronawirus zaatakował, a jest to ewidentny atak szatana na ten kraj. Bo jak wytłumaczyć sytuację, kiedy w prawie wszystkich diecezjach płn. Włoch zakazane są wszelkie Msze i Liturgie w kościołach, a bary, restauracje i centra handlowe są pełne ludzi…!!!! ??? Zadzwoniłam do kurii, w diecezji której mieszkam i rozmówca nie był w stanie mi wyjaśnić, czym ma się różnić wirus z baru od wirusa z kościoła. Czy ten z baru nie zarazi, tylko ten z Kościoła???”.
 
Duszpasterze we Włoszech posłusznie odwołali publiczne Msze św. i nabożeństwa. Tak jak niegdyś w kościołach modlono się o powstrzymanie różnych epidemii, to teraz kościoły pozamykano! Czy taka sytuacja nie skłania do postawienia dramatycznego pytania o stan naszej wiary? A co byłoby, gdyby tak zachowywali się wielcy święci, np. opiekunowie trędowatych? A co z przykładem samego Pana Jezusa, który bynajmniej nie zakazywał chorym zbliżać się do Siebie, tylko ich wiarę nagradzał uzdrowieniem ciała i duszy? A czy Kościół nie jest przedłużeniem misji Jezusa Chrystusa w czasie? Czy duszpasterze nie powinni być tacy „jak Chrystus”?
 
W wielu miejscach na całym świecie stoją krzyże, kaplice i kościoły, które powstawały jako wotum za powstrzymanie zarazy, uchronienie przed skutkami klęsk żywiołowych, uleczenie z chorób. One dziś stają się wyrzutem sumienia dla nas, którym może brakuje takiej wiary jak poprzedzającym nas pokoleniom. Pozbawianie wiernych Eucharystii znaczy tyle dla życia duchowego, co brak lekarstwa na chorobę dla ciała.
 
Trzeba być nie tylko roztropnym, ale i mądrym. W Polsce epidemia koronawirusa już jest wykorzystywana politycznie w kampanii wyborczej. Nie bądźmy naiwni, że wrogowie Kościoła nie będą próbowali tej sytuacji wykorzystać, aby odciągnąć ludzi od praktyk religijnych, od wiary i nadziei, która płynie z modlitwy. Przynajmniej my sami, jako katolicy, jako wierzący, duszpasterze, biskupi, nie przykładajmy do tego ręki. Nie zamykajmy kościołów, ale jeszcze częściej je nawiedzajmy. Módlmy się za wstawiennictwem naszych świętych – tak jak to czynili nasi przodkowie – św. Rocha, św. Sebastiana czy św. Rozalii, których czcimy jako patronów chroniących od zarazy. I wszyscy błagajmy: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie!…”.
 
Sławomir Jagodziński

Artykuł opublikowany na stronie: https://naszdziennik.pl/polska-kraj/217517,koronawirus-i-nie-wiara.html