Ks. Stanisław Tworkowski – Rozkaz

 Ks. Stanisław Tworkowski, Ostatni zrzut

Widuję ją często w kaplicy Dzieciątka Jezus, do której wstępuje wracając ze szkoły *. Stoi przed ołtarzem wsparta na kulach. Spogląda na tabernakulum: rozmawia z Bogiem. Może myśli o słowach Chrystusa: „Kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż na każdy dzień". Słowa te brzmią jak rozkaz. Wanda dźwiga swój krzyż, świadectwo dobrze wykonanego rozkazu. Dziewczyna pochyla głowę i powtarza za Chrystusem: „Nie moja, ale twoja wola niech się stanie". Trzeba przejść przez życie na drewnianych podporach. To nic, że czasem smutek ściśnie serce na widok roztańczonych koleżanek, opowiadających sobie jakieś miłe sekrety. Wanda myśli, że jej wiosna minęła bezpowrotnie. Pożegnała ją pod barykadą na Chmielnej.

Nie ma już tej barykady. Deszcz dawno zmył ślady krwi. Po bruku, na którym leżała ciężko ranna, mkną dziś auta i ciężarówki. Echa tamtych wydarzeń, rozpłynęły się w niepamięci. Może kiedyś odżyją jako pamiątki muzealne, temat dla poetów i pisarzy.

Czyżby tylko tyle?

Nie. Golgota jest źródłem niezniszczalnych energii, tworzywem nieśmiertelnych dzieł. Oczywiście, życie ludzkie nie może składać się z nieustannych duchowych napięć i heroicznych zrywów. Jest powszednie, dostosowane do zwykłych zjadaczy chleba, ale Krzyż i Golgota tych właśnie zjadaczy w aniołów przemieni, jak mówi poeta2.

Opowiedz nam, Wando, o swojej Golgocie, opowiedz historię owego rozkazu i związanej z nim tajemnicy twej ofiary.

Pierwsze dni września. Pozycja: Dworzec Główny. Niemcy atakują bez przerwy. Od dwudziestu czterech godzin jesteśmy na nogach. Wszyscy żyją nerwami. Ostre pogotowie. Wypad. Barykady. Kontrataki. Oko na muszce. Granat w garści. Przeciwna strona Chmielnej w ogniu. Bucha żar, a wiatr przerzuca iskry w kierunku naszych kwater i wznieca co chwila pożary.

Chłopcy wyglądają fatalnie. Policzki zapadnięte. Męczy pragnienie. Brak wody. Trzymają się jednak. Dziś wyjątkowe napięcie – planowany jest wypad na Dworzec i od powodzenia tej akcji zależy przyszłość odcinka. Od Niemców dzieli nas zaledwie pięćdziesiąt metrów. Z drugiej strony barykady, posterunki. Dochodzi do nas ich bełkot i śmiechy.

Noc. Godzina 11.30.

W Komendzie ruch. Przy stole siedzą dwaj porucznicy, szef kompanii i dowódcy oddziałów. Omawiają plan natarcia.

Nagle zadźwięczał telefon. Łącznik podnosi słuchawkę.

– Hallo. Komenda Główna. Rakiety gotowe. Rozkaz.

Po chwili przez płonącą ulicę biegnie młoda dziewczyna i chłopiec. Oboje mają kieszenie wypchane rakietami. W ręku paczki z amunicją.

Doręczyli.

Plutonowy „Czarny" objaśnia celowość użycia rakiet.

– Zrozumiano.

– Gotowe.

– Tak.

Akcję wstrzymuje gwałtowny deszcz, który pada przez dwadzieścia minut. Pożar nieco przygasa. Zmoknięci chłopcy czekają na rozkaz.

Nagle w ciemną toń nieba strzela niebieski błysk.

– Wypad! – krzyczy porucznik.

Rzucili się naprzód i znikli w ciemnościach.

Cisza.

Strzela druga rakieta – czerwona. Słyszę krzyk:

– Ognia!

Ogłuszający huk, błysk, zapach siarki; duży odłam muru zwalił się na ziemię. Niemcy podchodzą coraz bliżej. Okrążają nas. Są w odległości dwudziestu metrów.

Znów błyskawica rozdziera niebo. Tym razem zielona. Nowy oddział rzuca się do walki. W Komendzie dźwięczy telefon.

– Zdwoić natarcie.

– Meldunki.

– Rozkaz.

Romek, najmłodszy z łączników, wypada z Komendy, aby ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, ale w tej chwili robi się widno jak w dzień. Wysoko w górę strzela słup ognia i dymu. Wszystko wali się z piekielnym hałasem. Tracę orientację. Niemcy biją do nas mieszaniną różnej broni i pod osłoną ognia podchodzą coraz bliżej. Są już po drugiej stronie ulicy. Wywiązuje się gwałtowna walka.

Znów zielone światło.

Pomocy!

Sygnalizujemy SOS do następnej placówki, skąd natychmiast przysyłają nam wsparcie.

Do Komendy wpada „Tom"; zziajany, czarny od kurzu i dymu.

– Dworzec płonie... „Astoria" *** padła.

Porucznik wydaje rozkaz:

– Zdwoić natarcie. Cekaemy, ognia!

Przez pięć minut ogień dział czołgowych miesza się z trzaskiem broni maszynowej, wybuchami granatów i wystrzałami piata. Oślepiające światło: to pali się benzyna.

Nagle karabiny milkną.

Co to?

Brak amunicji...

W tej chwili „Ryś" melduje:

– Pierwszy cekaem nie działa, przy drugim padła obsługa.

– „Ryś"! – krzyczy porucznik – Do cekaemu!

– Wanda, biegnij: Chmielna 68. Amunicji do cekaemów i ludzi!

– Rozkaz!

Pragnę przebiec przez zawalone przejście. Niemożliwe. Trzeba usunąć gruz. Nie ma na to czasu.

Pozostaje droga okrężna. Wszystkie wyjścia zajęli Ukraińcy.

Biegnę podziemnym przekopem ulicą Zielną.

Ziemia drży od wybuchów. Na rogu wpadam do nory, skąd przez zawalony sklep prowadzi korytarz na Złotą. Jestem już w sklepie. Teraz pod osłoną barykady do ulicy Wielkiej. Później przekopem do bramy, gdzie są już przejścia na Chmielną.

Nagle słyszę obok siebie głos:

– Ostrożnie, koleżanko. Złota jest pod silnym obstrzałem. Dochodzą tam patrole niemieckie. Ledwie zdążyłam mu podziękować, już znikł w ciemnościach.

Rzeczywiście, granatniki trzepią raz po raz. Co chwila wstrząsa powietrzem krótki, ogłuszający huk.

Co robić? Liczę wybuchy bomb. W ciągu dwóch minut cztery. A więc co trzydzieści sekund. Nie mogę się zorientować, z której strony idzie obstrzał. Każdy huk odbija się od pustych murów. Echo uniemożliwia ustalenie kierunku wybuchów. Postanawiam wykorzystać te trzydzieści sekund, aby przebiec do wykopu. Tam odłamki są mniej groźne.

Pamiętam dobrze tę chwilę. Przeżegnałam się lewą ręką, bo w prawej trzymałam meldunek, i rzuciłam się w stronę barykady. Biegnąc, potykałam się co chwila. Jeszcze kilkanaście sekund! Do przekopu najwyżej dziesięć kroków.

Wtem potężny huk, jeden, drugi wstrząsnął powietrzem, a potem cisza.

Nie wiem, kiedy upadłam. Ogarnęły mnie kłęby dymu i kurzu. Ogłuchłam. Czuję dotkliwy ból w całym ciele, zwłaszcza gdy chcę poruszyć nogą. W tej chwili z płonącego domu strzelił słup ognia i oświetlił wszystko krwawym blaskiem.

Spojrzałam na siebie: spodnie i mundur poszarpane, lepkie od krwi. W ustach również czuję krew. Skąd jej się tyle bierze? Jest mi niedobrze. Chcę zdjąć buty, ale trudno mi się poruszyć. Chcę krzyczeć – nie pozwala mi ból w ustach. Ogarnia mnie przerażenie. Boże, przecież mam zanieść meldunek! Ściskam rękę. Jest. Mokry od krwi, ale jest. Muszę wstać... biec... przemóc się za wszelką cenę!

– Chryste Panie, ratuj, dopomóż!

Próbuję się podnieść, ale jakaś zła siła przygważdża mnie do jezdni. Czuję, że tracę przytomność.

Niemcy są w pobliżu. Muszę zachowywać się cicho. Więc czekać? Nie można, koledzy wyglądają pomocy.

Zdecydowałam się krzyczeć. – Ra-tun-ku! Na po-moc!

Boże, teraz zaczną strzelać!

Cisza.

Ogarnia mnie rozpacz. Krzyczę ze wszystkich sił.

Cisza.

Po chwili znów trajkoczą kaemy. Strzelają w górę rakiety. Jedna... druga... trzecia. Wzywają pomocy! O Boże, zmiłuj się!

Co za męka! Jest mi bardzo zimno. Drżę cała i czuję dotkliwy ból biodra. Ogarnia mnie odrętwienie, ręce sztywnieją, ale meldunek trzymam.

Zaczynam się modlić. To pewnie śmierć.

„Mamo, gdzie jesteś?" Odczuwam wyrzut sumienia, że się z nią nie pożegnałam przed pójściem do akcji. Zdaje mi się, że widzę jej twarz bardzo blisko i zarazem bardzo daleko.

Nie chcę płakać, ale oczy mam pełne łez. Kiedy to się skończy?

Słyszę krzyki: - Pany, pany, zdajteś! – To własowcy. Odpowiada im głośna salwa.

– Ratunku! Prędzej! – krzyczę, nie wierząc, by ktoś mógł mnie usłyszeć.

Rany pieką. Dlaczego jeszcze żyję? Przecież jest ciągły obstrzał. (Później dopiero dowiedziałam się, że Niemcy skierowali ogień w inną stronę.)

Obojętnieję na wszystko. Tylko ten meldunek!

Nagle słyszę: – Zaraz, zaraz, idziemy!

Serce bije mi jak młot.

Idą... Choć stawiają kroki jak najciszej, słyszę, że potykają się o jakieś przeszkody.

Chce mi się pić. Muszę mieć gorączkę.

Wreszcie – są. Nasi. Kładą mnie delikatnie na nosze. Strasznie boli. Jeden z nich nachyla się i daje mi pić. Pewno była to wódka. Poczułam się lepiej. Chcę im powiedzieć, że meldunek... że powinni go oddać, gdzie trzeba. Ale język mi się plącze. Zdołałam tylko wykrztusić:

– Zanieść...

Potem już niewiele pamiętam. Jakiś zburzony dom. Opatrunek. Zastrzyk przeciwtężcowy. Ruch noszy długi i jednostajny.

Pełną świadomość odzyskałam dopiero w kilka dni później. Miałam jedną nogę amputowaną. Inne rany goiły się powoli.


*  Autentyczne przezycie łączniczki, Wandy Okolskiej, stryjecznej siostry „Kuby”.

** Juliusz Słowacki, Testament mój, „Wiersze i poematy”, PIW, Wrocław 1959 r., s. 44.

*** Hotel przy ul. Chmielnej.



Źródło: Stanisław Tworkowski, Ostatni zrzut. Opowiadania i nowele
Wydawnictwo "Michalineum", Marki – Struga k. Warszawy – 1984
(I wydanie – Katolicki Ośrodek Wydawniczy "Veritas" w Londynie.

Jak ciężko jest kapelanowi stać nad wykopanym dołem i skrapiać wodą święconą zawinięte w prześcieradła ciała chłopców i dziewcząt...